Marina Abramowic pozuje na czarnym tle, jest niemal niewidoczna. Większość pionowego kadru wypełnia czerń, a jedynym jasnym punktem jest twarz artystki. Twarz, pokryta  delikatnymi płatkami złota,  jest ulokowana pośrodku, w górnej części kadru. Umieszczone na skórze złoto sprawia, że trudno jest rozpoznać rysy Mariny. Dobrze są widoczne jedynie ciemne oczy artystki, obrysowane czarną kreską, fragment jej prawego ucha, kawałek czoła i szyi. Reszta twarzy jest przykryta delikatnymi płatkami złota, które raz przylegają dokładnie do skóry, a raz są pogniecione i wyraźnie odstają od  twarzy zakrywając jej kontur. Płatki nieznacznie drgają, poruszają się pod wpływem ruchów powietrza. Marina patrzy skupiona przed siebie, prawie nie mruga powiekami. Złota maska promieniuje światłem, tym, które według Mariny Abramović każdy z nas posiada i odbija na zewnątrz. Praca to także efekt zainteresowania Mariny ikonami greckimi, serbskimi i rosyjskimi, które zrobiły na niej wrażenie już wówczas, gdy była małą dziewczynką, gdy chodziła z niezwykle religijną babcią do kościoła.

„ „Rano i wieczorem moja babcia odprawiała serię rytuałów, które wyznaczały rytm dnia. Była osobą bardzo religijną i całe jej życie obracało się wokół kościoła. Każdego ranka o godzinie szóstej, gdy wschodziło słońce, zapalała świecę, aby się pomodlić. O szóstej wieczorem zapalała kolejną świecę i znów się modliła. Dopóki nie skończyłam sześciu lat, chodziłam z nią codziennie do kościoła, gdzie poznałam różnych świętych. W jej domu zawsze unosił się zapach kadzidła i świeżo palonej kawy. W jej domu odczuwałam głęboki spokój” – wspomina Marina.