Czy można patrzeć na miasto jak na element natury? Jak na ekosystem? Miejsce zależności mieszających się wpływów sił i oddziaływań, które po zranieniu, zniszczeniu, wojnach będzie się regenerować? Tak. Tak też można na miasto patrzeć.

W miastach toczy się życie i przekształca energia. Odbywa się to tylko nieco w innej formie niż w lesie czy na łące, ale wciąż z całą swoją mocą także i tam działa. Owady, szczury, chwasty i bratki w donicach, ale i powietrze nasączone oddechami, niosące hałas wysycone obecnością człowieka, dziwne różnice temperatur nagrzanych płyt i nienormalne odpływy wody, skanalizowane, by była jak najmniej widoczna — to nowe w świecie przyrody, ale przecież wciąż składające się na obraz życia tętniący swoim pulsem, samostwarzający się z ekspresją pełną rozmaitych odcieni.

I nagle ten układ trzaska, wybucha tysiąckrotnie, eksploduje od środka i z dalekiego nieba. Wojna. Wojna ludzi. Tkanki miasta są rozerwane, rozdrobnione na części elementarne, do pojedynczych cegieł, więc nic po wojnie nie przypomina tego, co było kiedyś. Rozłupana Warszawa, poszatkowana była nowym bytem w historii jej ekosystemu. Lecz jak każdy układ w chaotycznej formie, zasiedlany przez żywych, dość szybko stawał się uporządkowany i zregenerowany. Ludzie organizowali się, na nowo zapełniali przestrzeń z niezwykłą siłą.

Tymczasowość obrazu powojennej Warszawy była wartością dla fotografów, ale i dla przyrodników. Potrafili spojrzeć na tamto miasto jak na nowe stworzenie, pełne fenomenów, odmiennych form przestrzennych, zasiedlanych przez ludzi, ale i przez rozmaite rośliny, które z wolna wypełniały jego jałowe kąty.

W 1949 roku botanik, profesor Roman Kobendza opublikował w zeszytach wydawanych przez Towarzystwo Naukowe Warszawskie pracę pt.: „Roślinność ruderalna na gruzach miast polskich”. Czytam tam o roślinach Warszawy zaraz po zakończeniu wojny, dokładnie wtedy, gdy wszystko zaczęło odżywać, wszystko chciało żyć, bo przecież nigdy chcieć nie przestało, co widać z pojawiających się, mam wrażenie, jakby nigdy nic, gatunków — warszawskich chwastów. Ale gdy profesor odkrywał tę florę, oznaczał rośliny wyrastające ze szczelin rozgruchotanego miasta, warszawscy kronikarze byli niemal w tych samych miejscach z aparatem fotograficznym i podobnie spiesząc się, utrwalali je na obrazach. Oddychali tym samym powietrzem, wchodzili w zakamarki potrzaskanych murów i wspinali się na nasypy gruzowisk. Zaskakująco, ich opisy miasta, mimo, że w odmiennych formach: fotografii i zbiorów florystycznych, składają się na bardzo podobną, poruszającą historię zniszczenia, cierpienia i mozolnego regenerowania się w przestrzeni wszystkiego co pozostało żywe przez pracę ludzi, roślin i zwierząt.

Pierwsze spojrzenie na fotografię Marii Chrząszczowej i od razu zdziwienie. Przetrwały owoce na jeszcze żyjącym drzewie! Czy to może jabłoń? Nie, to nie jabłoń. Nie, to też nie owoce. To podziurawiona kamienica od nabojów, jej czarne doły w murze od razu mi brzmią (fot. 1). Drzewo jest tak zmasakrowane, że nie jestem w stanie określić gatunku. Ta ruina, tylko dlatego, że jest tam, gdzie była kiedyś kamienicą, przypomina, że jest cząstką Nowego Światu

W innym kadrze gałęzie obejmują resztki kościoła św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży (fot. 2). To wszystko na tle białych poduch chmur. Od spodu, z ziemi wystają kikuty drzew — są już całkiem nie do życia. Kobendza pisze: „Roślinność drzewiasta miast częściowo uległa zupełnej zagładzie, częściowo została głęboko okaleczona”. To praca naukowa, ale język jest w niej jednak mieszany i w niektórych fragmentach całkiem emocjonalny. Nikt dzisiaj nie napisze o zagładzie drzew. A jeśli ktoś spróbuje, to każe się mu zmienić to słowo na coś bardziej wyważonego, np. na wycinkę, rębnię lub po prostu na selekcję.

Klon pochylony w stronę drogi, przecinający kadr po przekątnej (fot. 3) narysowany jest tylko pokrojem, — zimowym, bez liści, tak jak ci czarni ludzie. Podobnie jarząb (fot. 4), już w ciszy, jest dokładnie taki sam jak bliski mu wrak samochodu, jak warsztat bez okien. Wielką przewagą w przeżywaniu roślin mogą być ich korzenie. Więc patrzę na to drzewo, odnajdując cień pocieszenia, że w ziemi zostały korzenie. „Zdolność przystosowywania się roślinności do warunków życia na gruzowiskach wyraża się najdobitniej u drzew.

Przy usuwaniu gruzu z terenu Ujazdowa w Warszawie, gdzie na rumowiskach wyrosło wiele drzew, z których pojedyncze okazy osiągnęły 6 metrów wysokości, obserwować można było systemy korzeniowe roślinności. Robotnicy pracujący przy usuwaniu gruzów, zwracali uwagę na niezwykłość systemów korzeniowych, które odznaczały się nadzwyczajną długością. Korzenie dostawały się do najwęższej szczeliny, gdzie musiały przybierać bardzo specyficzną postać. Były fantastycznie powyginane, spłaszczone taśmowo, wykorzystywały bowiem każde pęknięcie muru, które nie zawsze biegło poziomo”.

Fotografie warszawskich kronikarzy nie przedstawiają jednak korzeni drzew (fot. 5, 6). Nie w nich szuka się wyrazu czasu jaki ludzie i drzewa przeżyli. Nie zagląda się pod ziemię. Wystarczająco przejmujące było to wszystko co na powietrzu, w słońcu, w światłocieniach, wystarczająco nie do życia, dla żadnego źdźbła, dla żadnego pędu (fot. 7). Światło, które przenika połamane mury i kładzie się plamami na skruszałym betonie ulicy Koziej, wydaje się całkiem niepotrzebne w takiej rzeczywistości. Zbyteczna wydaje się tu być jasność radosna od promieni, tylko silniej jarzących w oczy śmiercią. Pod ziemią, w jej mroku, niewiele się pewnie zmieniło. Nikt tam nie patrzy. Zaglądał tam tylko Kobendza. W rozpaczy rozłupanego miasta przyglądał się korzeniom drzew, znajdując w nich wielką nadzieję na odnowienie, ciągniętą przez pierwotną siłę życia.

Sterta cegieł pamiętających getto, usypisko z rozniesionych na kawałki domów Muranowa w pełnym słońcu, wyraźne w szczegółach, nagrzewa się w słońcu. Przebrzmiała obecność ludzi przypomina tu tylko kształt kamieni, z których powstała ta góra. Są to prostopadłościany formujące wzniesienie, na szczycie którego zwyczajnie fotosynetyzują zwyczajne rośliny (fot. 8). A są to: ta co wszystko wytrzyma — cykoria podróżnik oraz ta, która wszędzie się dostanie — konyza kanadyjska. Gatunki te mają horrendalnie niskie wymagania co do środowiska, a do tego naprawdę szybko rosną. W 1945 roku pojawiły się więc tam nie przez przypadek. Tylko one, przez swoją lekkonasienność, lotność i wytrzymałość mogły przetrwać, mogły też urosnąć jako one, czyli wcale nie jako chwasty przeznaczone do unicestwienia, tylko jako cykoria podróżnik i konyza kanadyjska — wytrzymałe rośliny z ogromną siłą życia. Są to bowiem rośliny, którym człowiek jest potrzebny do życia: jego moc dewastacji i przekształcania środowiska. Są one zapowiedzią i przypomnieniem o wszechobecnym panowaniu natury, o kształtowaniu środowiska przez siły ekosystemów, bez ustanku dążących do stanu możliwej równowagi. Rośliny synantropijne tj. żyjące w bliskości człowieka, są pionierami, zwiadowcami niosącymi wieść, że miejsce, które zaznaczają swą obecnością jest zniszczone i że dokonał tego człowiek. Potrzeba czasu, potrzeba braku człowieka, by chodniki, jezdnie, śmietniska i gruzowiska mogły zmienić się w las. I nie ma różnicy czy będzie to chodnik w alejach Jerozolimskich czy w getcie (fot. 9). Fotografia Zofii Chomętowskiej wypełniona jest bielą chodnika, w szczelinach którego wyrastają rośliny: bylice, nawłoć, konyza i inne jeszcze, które nie sposób jest rozpoznać, bo tworzą ciemną plamę porastającą małe wzniesienie po prawej części obrazu. Wiem jedno, że ludzie nie chodzili tu od przynajmniej roku. Spodziewam się też, że jest tu dość cicho. To milczenie po tragedii jaka się rozegrała i to jednostajne zarastanie przez wegetację wedle jednoznaczności natury, wydaje się być kolejnym dowodem na to, jak często wbrew porządkowi świata postępuje człowiek.

Gdybyśmy zostawili przynajmniej część tego getta samemu sobie, stałby się tam las. Bo to las w Polsce jest stadium końcowym sukcesji i wszystko, jedynie poza człowiekiem, podąża za tą koniecznością wypełniania wszechświatowego prawa zachowania energii i organizacji przestrzeni.

„Pierwsze rumowiska z 1939 roku w Warszawie już pokrywają się mchami: Cratodon purpureus Brid., Bryum argenteum L., a tu i ówdzie Hypnum Schreberi Wild, co najlepiej świadczy o tym, że z wolna następuje zadarnienie. Ubogie siedlisko gruzowisk ulega stopniowej poprawie, gromadzi się próchnica, następuje rozkład i wietrzenie gruzu w coraz głębszych warstwach (…). Roślinność ruderalna, złożona z gatunków rocznych ustępuje miejsca roślinności bardziej trwałej, wieloletniej.” (fot. 10,11). Architektura jest wyrazem idei. Zrujnowane miasto jest pochodną wybrzmiałej idei. Niezmiennie dziwi zdolność wymyślania nowych nazw i konstrukcji myślowych człowieka, które, mimo odkrywczych, pięknych założeń i intencji, kończą się często tak jak zawsze: zniszczeniem, dewastacją, ruiną (fot. 10, 11).

Na fotografiach kronikarzy dobitnie widać skalę zniszczenia Warszawy i pojedyncze punkty szarych roślin, ołowiane kępy chwastów, czarne łany ruderalnego zielska. One też zaświadczają, że żyją, bo mogą tu żyć. Wszystko się zawaliło i rozsypało. Tylko one dadzą tu sobie radę, bo w swojej naturze mają, by nie oczekiwać za wiele. Więc tylko one tam mogły być, zachować się na chwilę, dopóki zaraz miasto nie stanie się miastem.

Powracanie miasta do układu rządzącego się wyłącznie prawami ludzi i dla ludzi widziane na fotografiach z tego czasu, silnie wzrusza. Stwarzanie pozorów normalności, jak najszybciej, w detalach chociażby pod postacią małego stoiska ciętych kwiatów na tle rumowiska ciągnącego się w daleką perspektywę, wydaje się być gestem zbędnym, kiedy dookoła rozpacz. Albo wręcz przeciwnie, najbardziej potrzebnym i przypominającym, że istnieją w człowieku także potrzeby serca (fot. 12). Z perspektywy czasu właśnie ta tworząca się w Polsce inna rzeczywistość była początkiem kolejnej, wieloletniej katastrofy. Na Polu Mokotowskim, w bliskości ulicy Polnej i Politechniki Warszawskiej miała powstać dzielnica reprezentacyjna im. J. Piłsudskiego, z Biblioteką Narodową, dokładnie tu, gdzie na fotografii pasą się krowy (fot. 13). Zniszczone miasto, zniszczeni ludzie już za chwilę wypełnią się nową ideą, która wszystko zmieni, wszystko naruszy z wyjątkiem roślin które, mimo że zasiedlają wspólną z nami przestrzeń, podlegają tylko swoim prawom oraz wyłącznie swojemu biegowi czasu. I są w tym wszystkie podobne do siebie, niezależnie od kraju, współrzędnej geograficznej czy historii szalejącej wokół nich. Tak jak człowiek wydaję się być w dziejach swoich niezmienny. Nie sposób nie zauważyć, że zdjęcia ruin miasta, niezależnie od jego nazwy, wydają się być niemal takie same i z tej samej zrodzonej emocji. Góry cegieł, zgliszcza, potoki światła i młode liście.